niedziela, 11 grudnia 2011

Anna Klejzerowicz, „Cień gejszy”


Z kryminałem Anny Klejzerowicz, „gdańskiej Agathy Christie”, mam pewien kłopot: podobają mi się wszystkie jego składniki – intryga i sposób jej prowadzenia, konstrukcja postaci, przemieszanie czasów, język opisu (bardzo!)… – ale jeden z nich nie całkiem pasuje mi do konwencji. I to taki, który w nie-kryminale zupełnie by mi oczywiście nie przeszkadzał: relacje między dziennikarzem śledczym E. Ż. i jego partnerką M. na tyle ocieplają klimat powieści, że nie dochodzi podczas lektury (= u mnie nie doszło) do pożądanego efektu mrożenia krwi w żyłach. Nie wiem, czy to nie skutek kontrastu: może byłoby inaczej, gdybym nie czytał ostatnio „zimnego” „Wyroku” Mariusza Zielke…

Podsumowując: „Gejszę” przeczytałem z dużą przyjemnością, mimo że w powieści kryminalnej wolałbym trochę niższą temperaturę (taki osobisty defekt).

Poza wszystkim: wiedza autorki na temat japońskich drzeworytów doprawdy imponująca; polecam czytelnikom rozpoczęcie lektury od „Posłowia”.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza